Jerzy, lat 63

 

Pierwszy kontakt.


 W roku 1997 byłem już trzy lata na rencie inwalidzkiej. Uszkodzenie kręgosłupa, serca, dolegliwości gastryczne. Mam 57 lat a czuję się jak wrak. Wysiłek, jaki mogę wykonać, to przeniesienie na krótkim odcinku zakupów o nieprzekraczalnej wadze trzech kilogramów. Jazda na rowerze po płaskim terenie na odległość pół kilometra do parku i źródła wody oligoceńskiej były moim szczytowym osiągnięciem, lecz nieraz musiałem robić kilka postojów.

Od wielu lekarzy i znajomych staram się dowiedzieć o możliwości zwiększenia wydolności organizmu, form rehabilitacji układu kostnego (kręgosłup, bark, łokieć) i ćwiczeń zalecanych przy chorobie niedokrwiennej serca. Zalecenia i podpowiedzi były różne - od całkowitego zakazu ćwiczeń jako bezcelowych i szkodliwych w mojej sytuacji zdrowotnej, przez pływanie i specjalną gimnastykę w punktach rehabilitacji, po ostre wzięcie się za życie z kieliszkiem w ręku w wybranych kurortach nadmorskich. Z wielu powodów nie chciałem lub nie mogłem zrealizować tych porad.

Kolejna informacja – tworzona jest gdzieś w Warszawie jakaś grupa początkująca w uprawianiu chińskiej gimnastyki tai chi. O tai chi słyszałem już wcześniej, a nawet miałem przed kilku laty wykupioną wycieczkę do Chin. Jedną z planowanych atrakcji było obejrzenie na miejscu, w parkach Pekinu, porannej gimnastyki grup ludzi w różnym wieku, ćwiczących właśnie tai chi. 

 



Znany protest młodzieży i studentów chińskich oraz zajścia na placu przed Pałacem Cesarskim w Pekinie pokrzyżowały moje plany całkowicie i jak sądzę na zawsze.

Do tej tworzonej grupy ćwiczących nie zdołałem jednak się zapisać. Odbyło się już kilka pierwszych godzin zajęć i zdaniem przemiłej osoby, z którą rozmawiałem przez telefon, nie poradziłbym już sobie z nauką zasad ruchów tai chi. Następna grupa początkujących organizowana miała być dopiero za kilka miesięcy, po wakacjach. Pełen obaw i nadziei doczekałem do października.

Pierwsze zajęcia.
 Kolejne telefony i uzgodnienia. Dowiaduję się o terminie, miejscu i koszcie zajęć. Akceptuję wszystko, jestem bardzo ciekawy. Wybrałem zajęcia na Ochocie, bo najbliżej, „tylko” 28 kilometrów samochodem od miejsca zamieszkania. Na pierwsze zajęcia jadę z tremą, dresem i butami gimnastycznymi. Jestem pełen optymizmu i jednocześnie obaw, czy wytrzymam na nogach dwie godziny ćwiczeń, chociaż uprzedzano, że początek to łatwe do naśladowania pokazu ruchu i wyjaśnienia. Pamiętam do dziś, że główną przeszkodą, trudną do pokonania z obciążeniem torbą zawierającą ubranie gimnastyczne, były schody wejściowe prowadzące na wysoki parter. Zatrzymuję się, rozglądam, maskuję zmęczenie, sapanie i zdenerwowanie. Docieram do szatni. 

 



W szatni przebierają się młodzi – zaraz, gdzie ja jestem, czy naprawdę trafiłem na zajęcia powolnej gimnastyki dla starszych i schorowanych ludzi?? Miły, bezpośredni, uśmiechnięty mężczyzna w czarnym stroju, wypisz, wymaluj z filmu o walkach wschodu, mówi; - Jestem Marek, będę prowadził zajęcia tai chi, dobrze trafiłeś, nic się nie martw, wszyscy są pierwszy raz.

I rzeczywiście, jego bezpośredniość i umiejętność zaangażowania oraz zdyscyplinowania całej grupy obcych sobie ludzi do ćwiczeń powoduje, że już na pierwszej przerwie mam odczucie bycia na właściwym miejscu. Chociaż obok ćwiczą ludzie w większości młodzi i sprawni, dziewczęta i chłopcy z wyższych klas liceum i studenci, kilku mężczyzn w średnim wieku, większość kobiet, a ja zdecydowanie, w sposób moim zdaniem widoczny, odstaję w trzydziesto osobowej grupie zarówno wiekiem i wyglądem.

Pierwszy miesiąc zajęć to jeden wielki dygot. Ratunku! Gdzie ten obiecany spokój, relaks, medytacja? Niezdarnie naśladujemy ruchy Marka, popatrując na siebie nawzajem. Widać, że niektórzy szybko chwytają zasady ćwiczeń. Gibkość ciał i sprawność powoduje, że ich ruchy są ładniejsze. Dwóch niewyżytych studentów ćwiczy na przerwach jakieś nieprawdopodobne łamańce – jak się okazało, chodzili wcześniej na kung fu. Dezorientuje to jednak grupę. Marek natychmiast wkracza - To są zajęcia gimnastyki tai chi, lepiej odpocznijcie i zapomnijcie o tamtych ćwiczeniach. 

 

Tai Chi ma inne zastosowania. Siadamy na ławeczkach i słuchamy informacji o celach oraz działaniach Stowarzyszenia Taoistycznego Tai Chi w Polsce. Wypełniamy deklarację Stowarzyszenia. W miarę upływu tygodni ćwiczeń kilka osób rezygnuje.

Stajemy się coraz sprawniejszą grupą. Pokonujemy kolejne elementy kroków i ruchów ciała. Z rosnącym optymizmem stwierdzam, że moja aktywność jest coraz większa, a schody wejściowe do szkoły jakby coraz niższe. Gdy jestem spóźniony, któregoś razu po prostu wbiegam na nie bez zatrzymania. W trzecim miesiącu zaczynam odczuwać zamiast bólu, przyjemność uczestnictwa w zajęciach.

Wykonanie ruchu pełnego cofnięcia lewej ręki, na przykład przy „małpach”, jest oczywiście nadal niemożliwe, a nawet muszę w drugim miesiącu ćwiczeń uprosić chirurga ortopedę o tak zwaną blokadę stawu barkowego, to znaczy wielokrotny zastrzyk bezpośrednio w staw dla zmniejszenia bólu. Robiłem jednak ten zabieg już wcześniej, żeby chociażby podnieść lewą rękę do ucha czy prowadzić samochód bez odczuwania bólu.

Grupa pośrednia.
Po trzech miesiącach ćwiczeń przechodzimy do grupy pośredniej. Tam spotykamy członków z innych grup początkujących. 



Zmieniamy salę ćwiczeń. Ta zmiana jest dla mnie bardzo istotna –, ponieważ sala mieści się na trzecim piętrze w starym budynku szkolnym. Piętra jak półtora zwykłego. Bez windy. Wchodzę z obciążeniem na trzy, a potem już tylko na dwa razy – dwa zatrzymania na złapanie oddechu.

Ćwiczymy, ćwiczymy, doskonalimy dopiero co poznany ciąg ruchów. Pewnego dnia w piątym miesiącu ćwiczeń tai chi, przy kolejnym „muskaniu kolana” czy „odpychaniu małpy”, lewa ręka dołem przechodzi do tyłu z odwróceniem dłoni i jak należy znajduje się wygodnie z tyłu, a nie jak dotąd w dole lub podkurczona. Biegnę z tą radosną informacją do Marka na przerwie. Marek przekazuje informację grupie, dopowiadając inne informacje o uzdrawiającym charakterze ćwiczeń tai chi według zaleceń Mistrza Moy.

Pomijając już wydźwięk dydaktyczny opowiadania, muszę przyznać, że do dziś pamiętam tą moją wielką radość z wyćwiczenia stawu barkowego i jego uruchomienia, jak również radość Marka, uśmiechnięte twarze koleżanek i kolegów, rozmowy o kłopotach ze zdrowiem innych uczestników ćwiczeń.To był prawdziwy, namacalny sukces. Lekarz, wzięty ortopeda, praktyk ze szpitala, twierdził, że nigdy nie uda mi się samemu rozćwiczyć stawu i że praktycznie jest on już całkowicie „zamrożony”. Kilkadziesiąt godzin rehabilitacji w o0środku zdrowia, z użyciem zabiegów elektrostymulacji, maści, masaży i ćwiczeń z rehabilitantem, nie przyniosły takiego skutku, jak ustawiczne ćwiczenia tai chi. 

 



Kolejne wejścia na trzecie piętro też są jakby po nieco niższych schodach. Ćwiczę w domu rozgrzewkę oraz staram się wykonywać elementy ciągu. Pies na początku był bardzo zainteresowany moimi wyczynami i zachęcająco szczekał, oczekując wspólnej zabawy lub poszukiwań w trawie jakiegoś przedmiotu. Po jakimś czasie zrozumiał, że coś mi się musiało stać, że te dziwne kroki i machania rękoma nie prowadzą niestety do wspólnej zabawy. Położył się obok i popatrywał, potem ziewnął i uciął sobie drzemkę. Ja w tym czasie zadziwiałem sąsiadów i przechodniów. Po wielu dniach nikt już się mną nie interesował, a przynajmniej tak mi się wydawało.

Grupa początkujących drugiego stopnia.


 Przechodzimy do kolejnego etapu wtajemniczenia. Jest nas znowu mniej, wiele osób odchodzi z własnych, bliżej nieznanych przyczyn. Ale ci, którzy uczestniczą w zajęciach, naprawdę są nimi zainteresowani i ćwiczą pilnie. Poznajemy wiele nowych osób, w tym „starych” członków Stowarzyszenia warszawskiego. Poznajemy też wszystkich instruktorów. Na te zajęcia przychodzą po prostu wszyscy – wyższej grupy już, lub może raczej jeszcze, nie ma. Ćwiczę coraz więcej. Staram się chodzić na każde zajęcia – to znaczy do Piotra , Marka i Tomka.

Właśnie minęły mi dwa lata stażu w Stowarzyszeniu. Jestem szczerze przekonany o uzdrawiającej roli stałych ćwiczeń tai chi. 

 



Byłem na organizowanych zajęciach intensywnych i trzech warsztatach. Poznałem wielu wspaniałych ludzi, mam miłe wspomnienia i czuję się potrzebny innym. Chodzę na długie spacery, latem próbowałem jazdzić na rowerze w dłuższe trasy. Jak na moje możliwości i cele działania jestem zadowolony.

Napisałem ten tekst ku pokrzepieniu innych, być może znajdujących się w podobnej sytuacji zdrowotnej. Ćwiczcie, ćwiczcie i polepszajcie swoje siły żywotne, tai chi naprawdę daje siłę i zdrowie.

Jerzy 

  © 2008 STTC www.augustyniaq.pl